Recepta na degradację szpitala jest prosta: zwolnić specjalistów, zatrudnić byle kolesiów. Ale najpierw na szefa postawić kogoś, kto potraktuje posadę jako pracę przejściową i zgodzi się wykonać „brudną” robotę. Ręce decydenta pozostaną – pozornie – czyste. Czy tak się dzieje z ostródzkim szpitalem? Ostatnie półtora roku wskazywałoby na to, ze właśnie taki scenariusz jest realizowany. Zatrudniono prezesa, który przyszedł do Ostródy, bo aktualnie nie miał żadnej propozycji. A prezes w okresie półtora roku zwolnił czterech specjalistów lekarzy, zdegradował dwoje kierowników, wypowiedział pracę ośmiu innym specjalistom. Na zwolnione miejsca zatrudnił kilku „poleconych” i stworzył stanowisko dla przewodniczącego Rady oraz doradcy „bez przydziału”. W tym ostatnim przypadku, przypadku pana Grzegorza G. – dochodzenie prowadzi prokurator.
Czy wierzyć kłamcom?
To podstawowy dylemat, przed którym stoją dziś lekarze, pielęgniarki i związki zawodowe ostródzkiego szpitala. Mobilizacja załogi i opinii społecznej spowodowała, że pycha i buta władców powiatu ostródzkiego i prezesa szpitala nieco osiadła. W czwartek, 11 maja, tydzień po wstrzymaniu przyjęć nowych pacjentów na Oddział Urazowo-Ortopedyczny, pan prezes zgodził się przywrócić do pracy dwóch zwolnionych lekarzy, pod warunkiem, że oddział wróci do świadczenia pełnych usług. I zaprzestania protestów. Władza, której stołeczki zaczynają w cztery litery zbyt mocno przygrzewać, godzi się spełnić jeden postulat. Po to by odzyskać spokój. A co z pozostałymi? Pozostałe grożą rozpadem politycznej układanki w powiecie i mieście, więc wymusić ich spełnienie łatwo nie będzie. A to oznacza, że do zapewnienia szpitalowi normalnego funkcjonowania droga jeszcze daleka. Wyznaczają ją warunki postawione przez „Solidarność”.
Wokół starosty kręci się, kręci się….
Pomyliłem się. Biję się w piersi, walę w klawisze i odszczekuję: Prezes Boniecki nie leżakował. Przynajmniej nie na gorących wyspach. W ostatni czwartek, gdy ordynator Wiśniewski zmuszony był wstrzymać planowane przyjęcia pacjentów na Oddział Urazowo-Ortopedyczny ostródzkiego szpitala, szef tego szpitala był widziany w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim, gdzie akurat rozstrzyga się obsada stołka stanowiska dyrektora Wydziału Zdrowia. Więc nie leżakował. I chyba nie przestraszy się pogróżek starosty Wiczkowskiego, który ogłosił przed kamerami, że sytuację w szpitalu „wyjaśni i konsekwencje wyciągnie”. Czytaj więcej
Prezes leżakuje, specjalista kpi, a starosta zbawia
„Protestują, bo … chcą pracować” – kto by się spodziewał, że sformułowanie z czasów wczesnego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu opisze sytuację z XXI wieku. A jednak. W powiecie ostródzkim, gdzie prywata i dyletantyzm kolesi króluje, a olewanie „nie-swoich” jest na porządku dziennym, wszystkiego można się spodziewać. Nawet olewania pacjentów szpitala. Zresztą nie po raz pierwszy. Nie tak dawno próbowano pozbyć się laboratorium i radiologii, wcześniej zamknąć dwa oddziały szpitalne, dziś uniemożliwia się funkcjonowanie tylko jednemu. W obu przypadkach starosta, niczym Piłat, umywa ręce, ba, próbuje postawić się w roli zbawiciela.
Arogancja i hipokryzja – nieuleczalna (?) choroba władzy
Podczas ostatniej sesji Rady Powiatu Ostródzkiego radny Andrzej Waszczyszyn nie wytrzymał i wyłożył panu staroście i jego pretorianom, że powinni zmienić swój sposób bycia i zachowania. Trochę kultury – apelował. Apelował na pustyni. Na mojej stronie fecebook-owej wystąpienie radnego wysłuchało ponad dwa tysiące dwieście osób, ale do adresatów ten głos raczej nie dotarł, bo Waszczyszyn – parafrazując cytat z Pisma – nie mówił im tego co chcieli usłyszeć, więc nie słuchali tego co miał im do powiedzenia.
Działkowy układ
Już kilka tygodni nie pisałem o szpitalu. Co nie znaczy, że temat zszedł z piedestału. Jest stale aktualny, głównie za sprawą coraz to nowych pomysłów władzy. Oto starosta, dysponując budżetem powiatu złożonym głównie z dotacji i subwencji celowych, postanowił zbudować blok operacyjny ze środków własnych samorządu. Sukces budowy głosił już zresztą od połowy ubiegłego roku. Tyle, że wpływy do budżetu, poza subwencją i dotacją, pozostawione przez poprzedników wystarczyć mogą zaledwie na przebudowę kuchennych pomieszczeń. Na wykończenie i wyposażenie – za mało. Stąd pomysł na sprzedaż przyszpitalnych działek w obrębie ulic Grunwaldzkiej i Piastowskiej.
Pułapka olewanych wyborów
Ostatnio nie miałem czasu usiąść nad klawiaturą (jeszcze nie tak dawno napisałbym: sięgnąć po długopis), a winien jestem zapowiedziane refleksje nad wyborami. Ich rolą i znaczeniem. Temat na czasie, zwłaszcza w kontekście wyborów w Holandii i przecieków o przygotowywanych zmianach zasad wyborów do samorządów lokalnych.
Staszek……
W codziennym naszym życiu gonimy za lepszym jutrem, za sprawami więcej czy mniej ważnymi. W tym pośpiechu przestajemy dostrzegać rzeczy równie ważne, o których ważności dowiadujemy się zazwyczaj za późno. Po czasie, którego nie da się cofnąć. Tempo codzienności zepchnęło na skrajny margines nawet zwykłe rozmowy z drugim człowiekiem. Z kuzynem, z sąsiadem. W blokowiskach sąsiadów nawet nie znamy. Podobnie staje się na osiedlach domków jednorodzinnych.
Wekeend oddechu od piekiełka
Miało być o wyborach, ale wydarzenia ostatniego weekend spowodowały, że dywagacje o wyborach, o prawie do nich i obowiązku muszą poczekać. Co najmniej kilka dni. Bo na taki weekend czekaliśmy podświadomie. Czekaliśmy na coś, co wreszcie przysłoniłoby w dominującą w codziennym życiu politykę. Dało oddech od typowych informacji telewizyjnych.
Przyznajmy się. Czy nie mamy dosyć już politycznych sporów i kłótni i wciągania nas w te polityczne kłótnie? Czy nie mamy dosyć narzucanych nam podziałów? Podziałów, w których kształtowaniu i podgrzewaniu biorą udział nawet ambony?
Samorząd śmierdzący polityką
Wszystko płynie, wszystko podlega zmianie. Także znaczenia pojęć. Tyran, w starożytności przywódca ludu w walce ze sprawującą władzę oligarchią, był postacią pozytywną. Dziś to określenie co najmniej pejoratywne. Tyrania to narzucanie woli jednostki ogółowi. Demokracja stanowi jej odwrotność. Jednostka musi podporządkować się woli większości, chociaż w demokracji liberalnej, większość powinna respektować wolę i potrzeby mniejszości. W teorii jest idealnie. W praktyce demokracji coraz bliżej do losu tyranii. Bo praktykę kształtują ludzie, a większość z nich ma ideały dalekie od teoretycznych, bliskie za to własnej koszuli. Pytanie tylko o czyją „własną koszulę” biega.




