STARY MECHANIZM W NOWYM WYDANIU

Rosja od lat przedstawia swoją politykę jako „obronę” rosyjskojęzycznej ludności. To hasło powtarzano wielokrotnie — zarówno przed rosyjską agresją na Ukrainę, jak i po jej rozpoczęciu. Warto więc zadać proste pytanie: jak w praktyce wygląda ta rosyjska „obrona”?

17 września 1939 roku Związek Sowiecki napadł na Polskę. W nocie przekazanej polskiemu ambasadorowi Moskwa uzasadniała wkroczenie Armii Czerwonej koniecznością ochrony ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi. Sowiecka propaganda przedstawiała agresję jako działanie mające zapewnić bezpieczeństwo ludności zamieszkującej tereny, które miały zostać „wyzwolone”. Brzmiało niemal humanitarnie. Tyle że za tą deklarowaną troską jechały czołgi Armii Czerwonej.

Sowiecka agresja nie była spontaniczną akcją humanitarną. Była elementem wcześniejszych ustaleń ZSRR i III Rzeszy zawartych w tajnym protokole paktu Ribbentrop–Mołotow, który przewidywał podział stref wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. Za hasłem „ochrony” przyszła okupacja, represje, deportacje i terror.

Prawie dziewięć dekad później – znów usłyszeliśmy podobną opowieść. Tym razem Rosja twierdziła, że musi chronić rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy. W praktyce doprowadziła do pełnoskalowej wojnę, okupacji części terytorium Ukrainy, zniszczenia oraz śmierci cywilów — w tym ludzi, którzy sami posługują się językiem rosyjskim.

Pojawia się tu zasadnicze pytanie: jeżeli Rosja rzeczywiście walczy w obronie rosyjskojęzycznych ludzi, to dlaczego tak wygląda życie rosyjskojęzycznych obywateli… w samej Rosji? W Rosji sprzeciw wobec wojny może prowadzić do postępowania karnego, więzienia i wieloletniego wyroku. Organizacje praw człowieka dokumentują represje wobec osób, które publicznie krytykują działania rosyjskiej armii. Czyli można mówić po rosyjsku, żyć w Rosji, być rosyjskojęzycznym obywatelem — a jednocześnie ponieść poważne konsekwencje za stwierdzenie, że nie chce się wojny. To dość osobliwa forma „ochrony”.

Jeszcze trudniejsze pytania pojawiają się w związku z losem dzieci z okupowanych terenów Ukrainy. Ukraina identyfikuje ponad 19 tysięcy dzieci jako deportowane lub przymusowo przemieszczone. ONZ potwierdziła część takich przypadków, jednocześnie podkreślając, że z powodu braku dostępu do Rosji i okupowanych terenów nie jest w stanie niezależnie ustalić pełnej skali zjawiska. Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakazy aresztowania Władimira Putina oraz Marii Lwowej-Biełowej w związku z zarzutami i dowodami dotyczącymi bezprawnej deportacji i transferu ukraińskich dzieci.

I właśnie tutaj rosyjska narracja o „ochronie” zderza się z rzeczywistością. Bo jeżeli wojna ma być prowadzona dla dobra mieszkańców Ukrainy, trzeba odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ci sami mieszkańcy są pozbawiani bezpieczeństwa, domów, a w przypadku dzieci — również możliwości pozostania przy własnych rodzinach.

Czasy się zmieniają, mechanizmy moskiewskiego dzialania pozostają te same. Najpierw pojawia się opowieść o ludziach, których trzeba koniecznie „ochronić”. Potem pojawia się twierdzenie, że państwo, w którym żyją, nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa. Następnie pojawia się armia. A za armią przychodzą okupacja, represje i próba podporządkowania zajętych terenów.

I jest jeszcze coś, o czym Europa nie może zapominać. Ten sam pretekst – twierdzą politolodzy – może zostać wykorzystany wobec państw bałtyckich.  Estonia, Łotwa i Litwa mają znaczącą ludność rosyjskojęzyczną. Rosja już kieruje pod ich adresem oskarżenia i próbuje przedstawiać je jako państwa zagrażające rosyjskim interesom. W maju 2026 r. Parlament Europejski określił te zarzuty jako bezpodstawne i uznał za część szerszego wzorca rosyjskiego zastraszania i dezinformacji.

Dlatego trzeba traktować poważnie scenariusz, w którym propaganda najpierw stworzy opowieść o „prześladowanych Rosjanach”, a potem będzie próbowała wykorzystać ją jako uzasadnienie presji, destabilizacji, a w skrajnym przypadku agresji na państwo NATO. To nie jest teoria oderwana od rzeczywistości. UE odnotowuje rosyjskie działania hybrydowe i dezinformacyjne wymierzone w państwa wschodniej flanki, a NATO wzmacnia obecność na tej flance właśnie w odpowiedzi na rosnące zagrożenia.

I dlatego warto pamiętać:
Najpierw pojawia się „krzywda rosyjskojęzycznych”.
Potem żądanie ich „ochrony”.
Następnie presja.
A na końcu mogą pojawić się czołgi.

Zmieniają się daty, mundury i hasła.  Mechanizm pozostaje zadziwiająco podobny.
17 września 1939 roku Armia Czerwona również miała przychodzić w imię dobra ludzi mieszkających na zajętych terenach. Dzisiaj Rosja ponownie mówi o „ochronie” ludzi, tym razem rosyjskojęzycznych. Dlatego warto patrzeć nie na deklaracje, lecz na skutki. Bo prawdziwe pytanie nie brzmi: „kogo Rosja mówi, że chce chronić?”

Prawdziwe pytanie brzmi: „co dzieje się z tymi ludźmi, kiedy rosyjska armia już przychodzi ich chronić?”

Historia daje nam na to więcej niż jednoznaczną odpowiedź.

Włodzimierz Brodiuk

Comments

comments