Wśród wielu polskich paradoksów jeden śmierdzi kumoterstwem, kliką i pasożytnictwem szczególnie mocno. To gospodarka naszym dobrem narodowym, własnością nas wszystkich, czyli lasami i zwierzyną leśną. Państwo oddało owo dobro w ręce Lasów Państwowych i Polskiego Związku Łowieckiego i owo dobro wspólne stało się dobrem prywatnym. Państwowe z nazwy przedsiębiorstwo i społeczna niby organizacja funkcjonują i wspierają się jak „stare dobre małżeństwo” z dbającymi o ich dobrostan „krewnymi”, usytuowanymi we wszystkich chyba partiach politycznych i organach władzy w III RP.
Obywatele się buntują, ślą petycje i prośby. Bez szans. Wydawało się, że coś się zmieni, gdy na wiceministra klimatu powołana została osoba spoza leśno-myśliwskiej ośmiornicy, Mikołaj Dorożała. W resorcie klimatu odpowiadał za nadzór nad departamentami leśnictwa, łowiectwa, ochrony przyrody, a także nad Lasami Państwowymi, parkami narodowymi i Centralnym Azylem dla Zwierząt. Był jednocześnie Głównym Konserwatorem Przyrody. I rzeczywiście się zmieniało. Powstało 200 nowych rezerwatów przyrody, państwo odzyskało część Świętokrzyskiego Parku Narodowego, prawie całą Puszczę Białowieską objęto zakazem wycinki drzew i polowań, nie można już polować na pięć ginących gatunków ptaków (jarząbki, głowienki, czernice, słonki i łyski), udało się uchwalić zakaz spalania pełnowartościowego drewna w elektrowniach.
Ale praktycznie każde działanie Dorożały napotykało na opór. Atakowany był nie tylko przez opozycję, ale także przez koalicyjny PSL. Kosiniak-Kamysz wprost twierdził, że Dorożała „nie rozumie leśników, gospodarki leśnej, nie rozumie, że ochrona i zagospodarowanie przyrody musi iść w parze” i powinien odejść. I Dorożała odszedł. Jego następca będzie już spolegliwy. Zadbają o to „krewni starego dobrego małżeństwa”.
Równolegle jednak pojawiło się kolejne zagrożenie wraz z obywatelskim projektem zmiany prawa łowieckiego podpisanym przez ponad 200 tysięcy osób. Sejm musi go rozpatrzyć, ale od czego jest, niezależnie od konfiguracji politycznych, ślamazarność naszego parlamentu w rozpatrywaniu niechcianych projektów. Projekt trafił do Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Kieruje nią poseł Urszula Pasławska z PSL, myśliwa, honorowa członkini Polskiego Związku Łowieckiego, która publicznie odrzuciła już główne rozwiązania tego projektu, a po rezygnacji Dorożały wyraziła publicznie swą radość. I to dosadnie. Wnioskodawcy postulują teraz, raczej bezowocnie, by posłanka została odsunięta od procedowania projektu.
Generalnie obywatelski projekt zakłada ograniczenie praw, samowoli i bezkarności myśliwych. PZŁ powinien przestać być „państwem w państwie” bez nadzoru nad działalnością prowadzoną na naszym majątku. Do polskiego prawa należy też wprowadzić rozróżnienie łowiectwa od ochrony środowiska, bowiem faktycznie obie sfery są dziś zdecydowanie rozbieżne, a w praktyce nawet przeciwstawne.
Dlatego też *PZŁ musi publikować sprawozdania finansowe, a organy państwa poddawać je weryfikacji. Należy też wprowadzić *publiczny rejestr polowań oraz zakaz *polowań komercyjnych, *polowań z nagonką i nocnych z noktowizorami oraz nęcenia zwierząt, *hodowania zwierząt w celu ich odstrzału. Plany polowań powinny być uzgadniane z organami ochrony środowiska, a właściciele gruntów otrzymać prawo do zakazywania polowań na ich terenie.
Konieczne jest też *zwiększenie strefy bezpieczeństwa polowania od budynków mieszkalnych do 700 metrów. Obecne 150 metrów to kpina wobec donośności pocisku ze sztucera do nawet 5 km, z breneki – do 2km, a śrutu – do 400 metrów. I wreszcie myśliwi, jak wszyscy posiadacze broni, powinni przechodzić okresowe badania lekarskie i psychologiczne, a za polowanie pod wpływem alkoholu powinni ponosić odpowiedzialność karną.
Zbiórka podpisów wywołała olbrzymią falę hejtu ze strony środowiska zagrożonego utratą przywilejów i korzyści. Zamiast dyskusji z postulatami posypały się wyzwiska, przypisywanie inicjatorom chorób psychicznych, pojawiły się nawet groźby. Reakcja taka pokazała jak duży problem z emocjami i powstrzymywaniem agresji mają osoby z uprawnieniami do używania broni w miejscach publicznych. I powinna być wskazaniem do wprowadzenia obligatoryjnych badań.
Projekt nie jest doskonały. Pomija na przykład konieczność wzmocnienia Państwowej Straży Łowieckiej oraz instytucji ochrony środowiska. I nie tylko. Przy dobrej woli parlamentarzystów można by go doszlifować, ale pytanie, czy taka wola się znajdzie. I pozwolę sobie wątpić. Nie po raz pierwszy oczekiwania obywateli i rządzących się rozjeżdżają, i to niezależnie od politycznych opcji.
W rządzącej koalicji nie ma jednomyślności, a PSL pewnie zadba, by ustawa w tym kształcie nie przeszła. A jeżeli nawet zostanie uchwalona, to przy Nawrockim stoi doradca Możdżonek, szef Polskiego Związku Łowieckiego. Cóż wobec tego znaczy te ponad 200 tysięcy podpisów…
Włodzimierz Brodiuk