Pisz na Berdyczów…..

Nie, nikt tak nie napisał. Ważni i mniej ważni urzędnicy, wysokiego i mniej eksponowanego szczebla, nie wrzucali pism do kosza, wręcz przeciwnie, odpisywali bardzo merytorycznie. Tak bardzo merytorycznie, przytaczając przepisy i powołując się na upoważnienia lub ich brak, na kompetencje lub ich brak, opisując problem z każdej strony, że w końcu sam problem przestawał być najważniejszy. Ważna była urzędnicza niemoc. Bardzo starali się pomóc, wykazywali wysiłek i poświecenie, nawet na miejsce problemu przyjeżdżali, głowami kiwali ze współczuciem, a także zrozumieniem, obiecywali się zająć i zajmowali…. uzasadnieniem, że nic nie mogą. Chociaż chcą.

W odpowiedziach urzędnicy starali się wyedukować petenta w szerokim zakresie wiedzy, zwłaszcza o przesyłaniu pism według właściwości organów. Bo tak się zazwyczaj składa, że pismo obywatela trafia do organu o nie tej właściwości, o czym niewłaściwy organ informuje i powołując się na właściwe przepisy KPA uświadamia, że pismo trafi teraz do właściwego organu, który sprawę załatwi zgodnie z prawem. Przygotowanie takiego edukacyjnego pisma zazwyczaj trwa. Jakby ktoś przechodził szkolenie, albo rozważał na ile jest organem właściwym a na ile niewłaściwym. Więc to trwa.  Nawet cztery miesiące, na przykład.

Petent czyta odpowiedź i mętlik ma w głowie, bo się dowiaduje, że jego skarga zmierza właśnie do organu, który już go edukował, że co prawda tematyka skargi leży w jego kompetencji, ale nie całkiem w jego, bo bardziej właściwym organem jest inny, do którego pismo petenta organ przesłał do załatwienia.  Zgodnie z prawem zresztą. I tak kółko bezradności się zamyka.

Ta kabaretowa sytuacja dotyczy zniszczenia, przy aprobacie, milczeniu a może i współudziale organów, systemu odwadniającego terenu przy ul. Mrongowiusza w Ostródzie. W efekcie, część działek przy tej ulicy jest zalewana, domy podtapiane. Co ciekawe zalewana jest także miejska droga dojazdowa z Szosy Elbląskiej. Opisałem sprawę szeroko w kilku publikacjach, a jeszcze bardziej szczegółowo w pismach do „Wód Polskich”, instytucji samorządu lokalnego i prokuratury. Żadna nie uznała za stosowne, by dokładnie zbadać:

– dlaczego doszło do zniszczenia systemu melioracyjnego,

– dlaczego na pewnym etapie wydawania decyzji z mapy terenu „wyparował”, blokujący załatwienie wniosku dewelopera, rów melioracyjny,

– dlaczego urzędy bagatelizują prawo wodne,

– i na koniec dlaczego inwestorzy wykonali urządzenia odwadniające niezgodnie z dokumentacją.

Ostróda kształtowała swą miejskość na wyspie w widłach rzeki wpadającej do Jeziora Drwęckiego.  Wokół roztaczały się podmokłe bagienne tereny, na które z czasem, po zbudowaniu systemu irygacyjnego i śluz rozdzielających poziomy wód jezior Pauzeńskiego i Drwęckiego, zasypaniu jednego rozwidlenia rzeki, wkroczyło budownictwo. Dziś Ostróda się dusi z braku terenów i poddaje presji deweloperów. Miasto wkracza oficjalnie dopiero wtedy, gdy teren jest już ukształtowany, a często  odkształcony z utratą dotychczasowej funkcji. I wtedy, sorry, ale tak to wygląda, wszystkie – pozostańmy przy tym określeniu – organy stają na głowie jak pozbyć się kłopotu. W sukurs idzie biurokracja, niuansy prawne i wykręty prawnicze, zawsze jakiś przepis się znajdzie, a w razie czego wydaje się nakazy, które niczego nie naprawiają. Zabrzmi znowu kabaretowo, ale w przypadku ul. Mrongowiusza nakazy dostali poszkodowani, a dotyczyły one likwidacji ….. skutków, a nie przyczyny.

Mało kto wie, ale władza powinna, pierwszy znany plan Ostródy z ok. 1700 roku przedstawia nie usytuowanie domów i przebieg ulic, ale układ cieków wodnych wokół miasta. Ówcześni włodarze ochronę przed podtopieniami uważali za najbardziej istotną. Później także. Za czasów Bismarcka niszczycieli urządzeń i rowów melioracyjnych spotykały wysokie kary finansowe, a nawet kary więzienia. Sprawca musiał w pełni opłacić koszt odkopań, umocnień i naprawy drożności rowów. Podstawą prawną były ogólne przepisy pruskiego prawa karnego oraz lokalne regulacje policyjne i wodne. Dziś przepisów mamy mnogość, co pozwala, by szkodnik był bezkarny, a poszkodowany tonął w poszukiwaniu „właściwych” organów. Kompetencje tak są uszczegółowione i podzielone, że nagle nikt nie jest władny. A deweloper śmieje się w kulak. Z poszkodowanego i organów.

Charakterystyczne, że jedną z zasłon dymnych, by nic nie robić, są decyzje planistyczne samorządów. Ciała, którego trudno pociągnąć  do odpowiedzialności. Jakby to ten organ samorządu sam przygotowywał materiały i dokumentacje będącą podstawą uchwał. Tymczasem sprawca „zniknięcia” z map rowu melioracyjnego jest co prawda nieznany, ale na pewno nie kolegialny. To konkretna osoba, albo kilka osób. Łatwy do zlokalizowania jest też ten kto zatwierdził wykonanie urządzeń niezgodnie z dokumentacją. Ktoś też pozwolił na podwyższanie terenu gruzem i innymi odpadami budowlanymi. Są to konkretni urzędnicy. Tylko, że nie ma kto tego sprawdzić. Organy do tego powołane są – we własnym mniemaniu – niewłaściwe. Nawet powołana do stania na straży przestrzegania prawa prokuratura.

Za Bismarcka rozwiązanie byłoby proste: nakaz przywrócenia poprzedniego stanu urządzenia melioracyjnego i wysoka kara finansowa za jego zniszczenie. Urzędnik, który sfałszował mapę poszedłby siedzieć. No, ale w tamtych czasach nie było demokracji, a adwokat sam mógł dostać po uszach za próbę falandyzacji i mataczenie.

Nie jestem fantastą. Nawet rozumiem prokuratora, że nie chce mu się grzebać w sprawie o 20-letniej historii. Ale nie rozumiem braku klarownej opinii Wód Polskich, chociaż mają przeciwdziałać powodziom a nie zalewaniom, to jednak mamy tu do czynienia ze zniszczeniem systemu melioracyjnego. Nie rozumiem, a nawet podejrzewam o złą wolę nadzór budowlany, który pozwolił na  wykonanie urządzeń budowlanych nie tylko niezgodnie z dokumentacją, ale także powodujących zatrzymanie spływu wód opadowych.

I tak doszliśmy do jedynego, który wydaje się chcieć, nie sugerując Berdyczowa. Teraz jedynie w gestii burmistrza Ostródy jest przywołanie ducha dawnych włodarzy miasta, wydanie decyzji przywracających spływ wód z terenu między ul. Mrongowiusza a Aleją Lipową  i dopilnowania ich wykonania. Także poprzez zmuszenie do działania nadzór budowlany. Chyba, że się mylę. Co do chęci! I jednak piszę na Berdyczów….

Włodzimierz Brodiuk

Comments

comments