My naród i liberum veto

Zgodnie z Konstytucją powinniśmy mieć w Polsce system parlamentarno-gabinetowy, co znaczy że kierunki polityki wytycza parlament, rząd rządzi a prezydent dba o przestrzeganie Konstytucji. I tak było, chociaż pokolenie Zet tego nie pamięta. Było za prezydentury Wałęsy, Kaczyńskiego, Kwaśniewskiego i Komorowskiego. Czasami prezydenci pokazywali fochy, ale trzymali się zasad i… tak, tak… dbali o Konstytucję. Nawet wbrew swemu środowisku. Aż nastał Nawrocki.

Już sam jego wybór budzi Konstytucyjne zastrzeżenia. Różnica między kandydatami była niewielka, skala „kantów” w komisjach dotychczas nie spotykana, a ważność wyborów zatwierdziła Izba  Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, która w świetle orzeczeń samego Sądu Najwyższego, Europejskiego Trybunału Praw Człowiek i Trybunału Sprawiedliwości UE  nie jest sądem. Izba ta jest klasycznym sądem wyjątkowym, zakazanym przez Konstytucję RP.

Śmiem sądzić, że w euforii z pozbycia się rosyjskiego buta i zachłyśnięcia się wolnością i niepodległością, otwarciem na Zachód, nikt z autorów Konstytucji nie przypuszczał, że ustawa zasadnicza będzie w sposób tak bezczelny wykorzystywana do „autoryzowania” zmian ustrojowych, uzasadniania niezgodnych z jej ideą i celami działań władzy, a nawet zastępowania jej zapisów zwykłymi ustawami. Autorzy Konstytucji zakładali, że w doświadczonym totalitaryzmem kraju nigdy do władzy nie dojdą siły wrogie klasycznej demokracji opartej na trójpodziale władzy. Zapomnieli o doświadczeniu innych krajów, w których w oparciu o demokratyczne wybory do władzy dochodzili dyktatorzy.

Uśmiechałem się, gdy przed wyborami w 2025 roku słyszałem, że jeszcze będziemy tęsknić za Dudą. Myliłem się. Na stanowisku prezydenta figuranta określanego mianem „długopisu prezesa” zastąpił były kibol, z niewyjaśnionymi zarzutami, odgrywający rolę samca alfa, dla którego – jak się wkrótce okazało – istotne jest tylko własne „ego”.

Twórcy Konstytucji zakładali, że wybór na prezydenta  spowoduje nie tylko formalne zrzeczenie  się partyjnej przynależności, ale także zachowanie dystansu do własnych poglądów, na rzecz obiektywnego, stojącego ponad podziałami, strażnika Konstytucji. O naiwności! Uważali, że do roli prezydenta desygnowani będą wyłącznie ludzie o ugruntowanej pozycji i wysokim morale, przedkładający  interes Ojczyzny i obywateli ponad własne przekonania, chęci i zwyczaje. I tacy byli. Do czasu.

Twierdzi się, że władza deprawuje ludzi. Bywa. Ale Jarosław Kaczyński udowodnił, że jeszcze bardziej niebezpieczne i demoralizujące są niespełnione ambicje. Jak się chce rządzić z pierwszego rzędu, a pozostaje tylko drugi, to trzeba się otaczać kukiełkami. Wódz może być tylko jeden. Reszta ma spełniać polecenia i realizować wizję. I prezydent Duda wizję realizował, wbrew swej prawniczej wiedzy, bez dbałości o przestrzeganie Konstytucji. Jest współautorem erozji prawa i trójpodziału władzy. Przełomowym momentem było nieprzyjęcie ślubowania od trzech prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, co doprowadziło do podporządkowania Trybunału  i rozpoczęcia dewastacji prawa. Ale Duda miał jeszcze wątpliwości. Nowy pisowski prezydent już ich nie ma, ale też nie ma zamiaru być kukiełką. On buduje już własny teatrzyk i nową scenografię. Nie chce być strażnikiem Konstytucji, chce rządzić. Jak jego idol zza oceanu.

Już w czasie kampanii wyborczej Nawrocki sygnalizował autorytarne zapędy. Zapowiadał wykorzystywanie Rady Gabinetowej i prawa weta. Rada miała wejść w buty Rady Ministrów, a weto wystąpić w roli bata. Z radą nie wyszło, a weto funkcjonuje niczym „liberum veto” w szlacheckiej Rzeczpospolitej, paraliżując funkcjonowanie państwa i grożąc podobnym efektem do zapisanego w naszej historii.

Konstytucja wyposażyła prezydenta w prawo weta wyłącznie w celu dbałości o przestrzeganie Konstytucji, co oznacza, że każde weto powinno mieć konstytucyjne wytłumaczenie. Ale literalnie tego w Konstytucji nie zapisano. A skoro nie zapisano, to – zgodnie z pokrętną logiką demagogów – „wybraniec narodu” może wszystko. O naruszenie tej zasady postarał się już Duda. Ale Nawrocki poszedł na całość i zaczął sam ustalać  zasady. Tłumaczenia wet sprowadzają się zazwyczaj do stwierdzeń typu „nie jest dobre dla Polski, nie jest dobre dla Polaków”.  Tylko kto ma ustalać „co jest dobre”? Czy wybrana w procesie demokratycznym władza, wybrana po to by rządzić? Czy strażnik Konstytucji?

Co do zasady konstytucyjność ustaw powinien oceniać nie prezydent ale powołany w tym celu Trybunał Konstytucyjny, tyle że tenże Trybunał stał się ciałem do realizacji celów partyjnych jednej partii, a w zasadzie jednego człowieka. Teraz drugi „władca”  obywa się nawet bez tego partyjnego narzędzia. Bez zbędnych ceregieli wypina się wetami na 11,5 mln Polaków, którzy zagłosowali przeciw dewastacji demokracji. Ale wypina się też na ustrój Rzeczpospolitej. Sejm stanowi prawo, ale trafia ono do kosza, nie z powodu niekonstytucyjności, ale tylko dlatego, że prezydent uważa inaczej i jest przeciwny. On sam staje się prawem.

Konstytucja ma, niestety, tylko jeden „wentyl” zabezpieczającego przed samowolą prezydenta. Postawienie go w przed Trybunałem Stanu. Tyle, że przy obecnym składzie parlamentu niemożliwy do zastosowania. Może to bowiem uczynić Zgromadzenie Narodowe głosami co najmniej 308 parlamentarzystów. A proste rachunki pokazują, że demokratyczna koalicja taką siłą nie dysponuje. I prawdopodobnie nie będzie po 2027 roku, nawet, gdy utrzyma władzę. Czeka nas więc jeszcze co najmniej cztery lata chaosu, chyba….. Chyba, że wybory wygra PiS i wspólnie z konfederatami Bosaka i Brauna wyprowadzi nas w chaos konfrontacji prawicy ze skrajną prawicą o to która jest bardziej patriotyczna, narodowa i katolicka.

Młode pokolenie, które o tym zadecyduje, nie pamięta już słynnego wystąpienia Wałęsy w Kongresie USA cytującego początek preambuły amerykańskiej Konstytucji „My naród….”. W Polsce stało się symbolem wolności i demokracji. Symbole się jednak zmieniają. Dziś symbolem naszej rzeczywistości staje się WETO.

Włodzimierz Brodiuk

Comments

comments