Przeprowadzony przez CBOS z okazji 25. rocznicy uchwalenia Konstytucji RP sondaż wykazał, że tekst najważniejszego aktu prawnego Polski przeczytał zaledwie co siódmy z nas i w zdecydowanej większości były to osoby z wyższym lub co najmniej średnim wykształceniem. Jednak – o dziwo – większość uważa, że Konstytucję zna. Skąd? Otóż z przekazu polityków, czyli ze źródła najmniej wiarygodnego.
Być może to jest przyczyną, że tak łatwo dajemy się okłamywać i masowo wspieramy łamanie Konstytucji, bo przecież nasz polityczny „guru” twierdzi, że „nie łamie”. To skutki naszego braku wiedzy. Konstytucja bowiem nie jest zlepkiem przepisów, z których każdy można oddzielnie interpretować. Każdy trzeba czytać w powiązaniu z innymi. To nie znaczy jednak, ze trzeba mieć wybitną wiedzę prawniczą. Trzeba tylko czytać ze zrozumieniem.
Proponuję przyjrzeć się poprzez przepisy Konstytucji trwającemu już dekadę sporowi o sądy i sędziów. To kluczowy spór polityczny rozstrzygający kwalifikację ustroju Rzeczpospolitej – upraszczając – do DEMOKRACJI lub DYKTATURY. Konstytucja już w art. 10.1 stwierdza wprost, że ustrój Polski „opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej”. To kluczowy nakaz, którego dopełnieniem jest art. 173 stwierdzający wprost: „SĄDY I TRYBUNAŁY SĄ WŁADZĄ ODRĘBNĄ I NIEZALEŻNĄ OD INNYCH WŁADZ.”
Znaczenie określenia „odrębny” jest zrozumiałe pewnie dla każdego. Słowo „niezależny” słownik PWN wyjaśnia szerzej. To: niepodporządkowany komuś, czemuś, decydujący o sobie; niebędący wyznaczonym, zdeterminowanym przez coś;wygłaszający bezstronne opinie, niekierujący się interesem żadnej grupy społecznej; nienależący do żadnej z rywalizujących partii. NIEZALEŻNE SĄDY SĄ TYLKO WÓWCZAS, GDY OBSADZAJĄ JE NIEZALEŻNI SĘDZIOWIE. A to oznacza, że muszą oni spełniać słownikowe warunki „niezależności”. I tu stajemy przed kwestią: jak to zagwarantować?
Andrzej Duda uważał, że to on powinien jako prezydent mianować sędziów, wskazując palcem: ty się nadajesz, ty – nie. Nie mógł, więc ograniczył się do odmowy nominowania niektórych sędziów, podobnie jak w 2008 prezydent Lech Kaczyński. Bo mógł? Nie jestem prawnikiem więc mogę tylko powołać się na rozumowanie laika. Art. 8.2 nakazuje stosowanie przepisów Konstytucji bezpośrednio. Zatem skoro art.178 Konstytucji głosi, że „sędziowie są powoływani przez prezydenta na wniosek Krajowej Rady Sądowniczej”, a żaden inny przepis Konstytucji nie daje mu możliwości nie wykonania tej czynności, to czy może on nie podpisać powołania i nie przyjąć przysięgi?
Zdania konstytucjonalistów są podzielone. Niektórzy twierdzą, że powołanie sędziego jest tylko prerogatywą, czyli uprawnieniem prezydenta. Jest ono zresztą w wykazie czynności prezydenta (art. 144.3.12) nie wymagających kontrasygnaty premiera. Warto jednak przypomnieć, że prezydent należy do „władzy wykonawczej”, która – tu trzeba przywołać art. 10 i art. 173 Konstytucji – nie może decydować bezpośrednio o władzy sądowniczej, bez umocowania w Konstytucji czy w ustawie. Odmowa powołania oznacza weryfikację, a takiego uprawnienia prezydent nie posiada. Odmiennie niż w przypadku ustawy, która jest wyłączną kompetencją parlamentu, czyli „władzy ustawodawczej”. Na kończącym proces stanowienia prawa etapie prezydent otrzymał konstytucyjne prawo veta, w procesie nominowania sędziego prezydent takiego uprawnienia nie otrzymał, a sam w sobie prawa nie stanowi.
Polskie sądy administracyjne uznały się za niekompetentne do rozpatrzenia skarg osób niepowołanych zarówno przez Dudę jak i Kaczyńskiego. Trybunał Konstytucyjny odmówił ostatecznie nadania im biegu jako skargom konstytucyjnym. Teraz zajmuje się tym problemem Europejski Trybunał Praw Człowieka. A tymczasem postanowienia odmowy powołania sędziów wpisały się w tzw. „praktykę konstytucyjną” zwiększając nie ujęte w Konstytucji uprawnienia prezydenta. Skwapliwie zaczyna z tego korzystać Nawrocki, który właśnie zawetował „program naprawy sądownictwa” autorstwa Żurka i zgłosił swój projekt „przywrócenia prawa do sądu”, co sugerować może, że my, szarzy obywatele, nie mamy obecnie prawa do sądu.
Nawrocki głosi, że przywróci i zakończy „postępujący rozkład wymiaru sprawiedliwości”, bo zgodnie z art. 45.1 „każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”.
Czy jednak bliżej naszej rzeczywistości politycznej nie jest kwestia z „Samych swoich”: sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie. W tej rozgrywce sąd i sadownictwo to tylko (i aż!) narzędzie do osiągnięcia istotniejszego celu: władzy. Pytanie tylko na ile zgodnej z Konstytucją, której tak naprawdę nie znamy.
Włodzimierz Brodiuk