Słynne „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobisz” z ukazującego absurdy PRL „Misia”, to według mnie kwintesencja poczucia władzy, bezkarności i jednocześnie bezsiły. Film z wartką akcją i następującymi po sobie gagami bawi, ale reżyser osiąga cel. Gdy śmiech gaśnie, budzi się refleksja. Dziś wraca do mnie ta scena praktycznie codziennie jako komentarz do bezczelności, która płynie z ekranów telewizorów i komputerów.
W wyścigu o wyborcze poparcie wszystkie chwyty wydają się być dozwolone. To nie jest pojedynek dżentelmenów, w którym obowiązuje poszanowanie przeciwnika i przyjętych wspólnie reguł. Chwytliwe hasła są ważniejsze od rzetelnych programów, DZIŚ ważniejsze jest od JUTRA. Bo jutro jakoś tam będzie, a dziś trzeba dorwać się do władzy. Wygrać za wszelką cenę i każdym kosztem.
Zawsze w budowaniu poparcia istotne były emocje. W systemach demokratycznych demagodzy muszą się liczyć ze „sprawdzam” wyborców, a weryfikacja często kończy ich polityczne kariery. Bo w demokracji, w społeczeństwach obywatelskich, decydującą rolę w wyborach odgrywa nieupolitycznione, świadome swej pozycji i zmienne w sympatiach centrum. I to o jego poparcie rywalizują partie.
W Polsce klasa polityczna nie zadbała o zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, świadomego roli państwa i własnej. Co gorsza pogłębiały się nierówności społeczne, a władza – zarówno liberałowie, jak i lewica – postawiła na rozwój gospodarczy kraju, zaniedbując kwestie socjalne. Nie wszyscy korzystali, albo tylko uważali, że nie korzystają, z efektów bogacenia się kraju. W efekcie populistyczne hasła zaczęły przynosić efekty, a Kaczyński spostrzegł, że jedyną droga do zdobycia władzy jest wykorzystanie niezadowolenia, a jej utrwalenie wymaga trwałych podziałów. Dokonał tego, podobnie do bolszewików, populistycznymi hasłami, wojenną retoryką, wzniecając wrogość i nienawiść, a jednocześnie rozdając „chleb” w rodzaju „500+”.
Tak na marginesie. Dziwne jest spore podobieństwo języka polityków PiS do języka… Lenina, który swych przeciwników określał nie tylko jako „wrogów” i „zdrajców”, ale także epitetami w rodzaju „szkodliwych insektów” i „wszy”, a także wytycznych bolszewickiej propagandy wyrażonych przez Maksyma Gorkiego, by „nienawiść klasową kultywować poprzez organiczny wstręt do wroga”, a „wrogowie muszą być postrzegani jako ci gorsi”.
Po utracie władzy PiS, który przedtem dyskredytował opozycję określeniem „totalnej opozycji”, sam przyjął taką postawę, wzmocniony dodatkowo swoim prezydentem. O ile jednak skuteczność posłów prawicy w blokowaniu działań rządowej większości jest nikła, o tyle prezydent może sobie hasać do woli. I czyni to, interpretując po swojemu zapisy Konstytucji. Jej autorzy nie przypuszczali, że prezydentem zostanie ktoś, kto będzie uważał, że polska Konstytucja nadaje mu uprawnienia Trumpa czy Ludwika XIV.
Totalna opozycja, żeby być „totalną” musi krytykować każde poczynanie rządzących. I mówić jednym głosem. Wrogiem nr jeden jest od lat Tusk i na nim głównie skupia się atak i hejt. Jest „niemieckim agentem”, bo działa w interesie Unii Europejskiej, czyli Niemiec i ściskał się z Merkel. Teraz chce zadłużyć Polskę, żeby dać zarobić Niemcom. Mowa o programie SAFE, olbrzymiej pożyczce na zwiększenie obronności Europy, której największym beneficjentem jest Polska. Mamy otrzymać prawie 44 mld euro, najwięcej z 19 państw Unii, które wystąpiły o pożyczkę na zwiększenie swojej obronności. To wielkość odpowiadająca rocznemu budżetowi Ministerstwa Obrony Narodowej wraz z wydatkami Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych pochodzących zresztą z kredytów i pożyczek.
Totalna opozycja prezentuje totalne rozdwojenie jaźni. Jest za zwiększeniem naszego potencjału przemysłowego i obronności, ale przeciw pożyczce z SAFE, która zwiększy ten potencjał. Sama pożyczka jest niekorzystna, bo Niemcy z niej nie korzystają. My nie wykorzystamy pieniędzy na czas, do roku 2030 i Unia postawi nam warunki powodujące utratę suwerenności, a także – jak uważa Błaszczak – uznania istnienia 240 płci. Ponadto zaciągając pożyczkę nie będziemy mieć środków na realizację już podpisanych kontraktów ze Stanami i Koreą. W internecie krążą też rolki z całkiem już oderwaną od rzeczywistości narracją typu: najdroższa pożyczka, nie 3 a 4 a nawet 5 proc.; zadłużymy się pod zakupy broni dla Ukrainy; Niemcy chcą kupować broń od Stanów i dlatego nas wkopują w niepotrzebne pożyczki. Daruję przytaczanie innych wymysłów.
Słucham, czytam i zastanawiam się czemu służą te bzdury. Agresja na Ukrainę ujawniła słabość militarną Europy. Trump otwarcie mówi o wycofaniu wojsk amerykańskich. Wzmocnienie potencjału obronnego Polski i Europy, w tym produkcja własnego uzbrojenia, to bezwzględna konieczność. Wiedza, że warunki pożyczek na duże sumy i gwarantowane przez Unię, są znacznie korzystniejsze od mniejszych, jest powszechna nie tylko wśród ekonomistów. Podobnie jak korzyści z zainwestowania ok. 160 mld złotych w polski przemysł zbrojeniowy i zwiększenie jego możliwości eksportowych.
Tusk nazywa szerzenie tych bzdur zdradą. Ostro, ale tym właśnie zalatuje każdy kto przekłada interesy partyjne nad interesem kraju w sytuacji, gdy za naszymi granicami toczy się wojna. I nie jest to wojna Ukrainy z Rosją, w obronie jednego kraju. To wojna o Europę, to wojna dwóch światów, dwóch kultur, to agresja autorytaryzmu na demokrację.
Jak widać dla niektórych wojenka polsko-polska jest ważniejsza od zagrożenia zewnętrznego. Dla PiS i Nawrockiego celem podstawowym zdaje się być rozbicie koalicji rządowej i przejęcie władzy. Zatem każda okazja jest dobra. Czynią to co czynią, bo czują się bezkarni. Bo mogą. Jak ten szatniarz w „Misiu”.
Włodzimierz Brodiuk