Coś na rzeczy

Polska znajduje się w czołówce krajów europejskich pod względem wzrostu gospodarczego ze średnią  dla Unii Europejskiej inflacją. Jest szóstą gospodarka Europy i awansowała do 20 największych na świecie. Media donoszą, że w Polsce zameldowało się ponad 200 tysięcy obywateli Wielkiej Brytanii, a więc kraju, który tak niedawno krzywił się na nadmiar nadwiślańskich przybyszy. No to dlaczego sami Polacy twierdzą, że żyje się im coraz gorzej?

Meteorolodzy wskazują, że rzeczywista temperatura jest zazwyczaj inna od odczuwanej. Niższa albo wyższa. Decydują czynniki niezależne, w tym wiatr i wilgotność. Podobnie jest z naszymi odczuciami. Gdy brytyjska gospodarka kwitła dzięki także przybyszom z Polski, zatrudnionych głównie w budownictwie, usługach i handlu, sami Brytyjczycy narzekali na zalew Polaków. Gdy dziś w naszych usługach, handlu i budownictwie pełno Ukraińców, gdy wnoszą oni do naszego budżetu ponad 15 mld zł, w Polsce rosną antyukraińskie nastroje, podsycane – tak jak w Wielkiej Brytanii – przez prawicę, zwłaszcza skrajną. I nagle część z nas cofa się do przedszkola, bo uważa, że owe 15 mld przychodu nie wystarcza na 3 mld wydatków na uciekinierów ze strefy wojny. Czy naprawdę durniejemy? 

 Tak jak w przypadku temperatury odczuwanie, czy raczej postrzeganie, rzeczywistości to wypadkowa wielu czynników. Naszej sytuacji życiowej, sposobu życia czy oczekiwań. Ale także – co trudne, bo najczęściej brak nam szczegółowej wiedzy – umiejętności w wychwytywaniu fałszywych przekazów. W tym przypadku polityków. A działają oni często jak oszuści okradający na „wnuczka”. Jedni manipulują dla kasy, drudzy –  dla głosów poparcia.

Każdy zna powiedzenie „łowić ryby w mętnej wodzie”, inaczej wykorzystywać chaos i niejasności dla własnych celów. Żeby „ryba lepiej brała” trzeba zatem „wodę zamącić”, czyli stworzyć chaos, niejasność, niepokój. Mącić trzeba cały czas wykorzystując każdą nadarzającą się okazję, każdą możliwość. Najlepiej przy tym, by zawsze było „coś na rzeczy”.

„Coś na rzeczy” zdarzyło się ostatnio w małej szkole w Kielnie. Zahuczało w całej Polsce. Zbezczeszczono krzyż! Nauczycielka zdjęła ze ściany krzyż i wrzuciła go do kosza. Ba, rozpisywali się „oburzeni” politycy PiS i Konfederacji, najpierw kazała to uczynić dzieciom. To kolejny przejaw walki z katolicyzmem rządu Tuska – głosili. Odsłony internetowych postów szły w miliony. O zdarzeniu informowały, prześcigając się bulwersującymi tytułami, nawet poważne portale. Policja i prokuratura wszczęły śledztwo. Kuratorium powołało komisję. Wypowiedzieli się biskupi. Zbadanie sprawy ogłosili ministrowie z KO zapewniając, że rząd dba o poszanowanie uczuć religijnych i chroni wyznania. Nad „rozdygotanymi” dziećmi i ich rodzicami roztoczono opiekę psychologów. Na nauczycielkę wylało się gówno hejtu i nienawiści. Przed szkołą zorganizował demonstrację, wprawiony w obronie niezagrożonej zachodniej granicy, bohaterski Bąkiewicz i „prawdziwi patrioci” od Brauna.

Tymczasem w całej sprawie prawdziwy okazuje się wyłącznie kosz. Nikt nie zdejmował krzyża i nikt nie potrzebuje go wieszać ponownie. Krzyż był halloweenowym rekwizytem z plastyku, którym dzieci rzucały podczas lekcji. Zdenerwowana tym nauczycielka odebrała im zabawkę i wrzuciła do kosza. Jedno z dzieci powiedziało rodzicom, a ci zgłosili to „zatrważające” przestępstwo. I pooszłoooo! Zanim doniesienie zbadano, już ogłoszono wszem wobec o znieważeniu uczuć religijnych i o zagrożeniu kościoła z Polską na dodatek. A nauczycielkę odarto z godności. I jakoś nikt nie zamierza jej przeprosić.

„Coś na rzeczy” stale znajduje Grzegorz Braun, ongiś zwolennik ścisłego sojuszu z Ukrainą, dziś zagorzały jej antagonista. Otóż Braun wbija do głowy coraz liczniejszym zwolennikom, że powinniśmy skończyć z narzucaniem nam przez führerkę  von der Leyen i jej biurokratów, głównie  niemieckich, jak mamy żyć. Bo poza Unią – jak dowodził w podcaście  pani Jaruzelskiej – jest lepiej, czego dowodnym przykładem są Norwegia, Islandia i Luksemburg. Nikt im niczego nie dyktuje, a obywatele tych krajów w pełni korzystają z dobrodziejstw Schengen.

Na „rzeczy” w rozumowania jest sporo: Norwegia i Islandia nie są w Unii, a Traktat z Schengen nie obejmuje tylko krajów Unii Europejskiej. Ale na tym koniec. Bo Braun nie dopowiada, że wszystkie umowy UE z obu krajami zawierają konieczność dostosowania rozwiązań wewnętrznych tych krajów do uwarunkowań unijnych. Zatem oba te kraje, nie będąc w Unii, musiały dostosować np. swoje prawodawstwo do prawodawstwa Unii. Podobnie jest w przypadku Traktatu Schengen, którego zasady ustalone zostały przez Brukselę. Zatem to tym krajom zostały NARZUCONE WARUNKI USTALONE PRZEZ UNIĘ. Oba mogły te warunki przyjąć albo odrzucić. Być w Schengen i strefie wolnego handlu albo nie być. Oba wystąpiły w roli klientów. W odróżnieniu od krajów będących w Unii, które kształtują zasady i warunki. Są decydentami.  Według Brauna powinniśmy być petentami. Będzie wtedy lepiej. Tak jak Brytyjczykom?

Ale najlepszy numer wykręcił szef Konfederacji Korony Polskiej z Luksemburgiem, który był w 1951 roku jednym z sześciu krajów założycieli Unii. Wg Brauna tego kraju w Unii nie ma. Tu nie ma nawet niczego „na rzeczy”. Bo też dla tych, którzy łyknęli bakcyl podziału na „prawdziwych patriotów”, często z dodatkiem „prawdziwych katolików” i tych drugich, „zdrajców” i „niemieckich agentów”, nie liczy się nawet „coś na rzeczy”.

Oto poseł Sebastian Kaleta, prawnik zresztą, zatwetował, by prezydent nie podpisywał ustawy budżetowej. By odesłał budżet do Trybunału Konstytucyjnego, a ten debatował nad jego zgodnością z Konstytucja tak, by upłynęły cztery miesiące i Nawrocki mógł, zgodnie rzekomo z Konstytucją, rozwiązać parlament i ogłosić nowe wybory. Prawica mogłaby przejąć wtedy władzę. Prawnik, który nie zna Konstytucji? Nie sądzę. Kaleta wie doskonale, że Konstytucja daje prezydentowi taką możliwość tylko w jednym przypadku: gdy Sejm nie uchwali budżetu w ciągu czterech miesięcy od przedstawienia go przez rząd i nie przedłoży prezydentowi do podpisu, czyli obecnie do 31 stycznia. Ale dlaczego nie zamieszać? Kto tam czyta Konstytucję!

To tylko trzy zdarzenia z ostatnich dni i tysięcy zdarzeń z ostatniego roku. Zdarzenia, w których rzeczywistość jest fałszowana tylko po to, by utrwalić podziały, by zamieszać w głowach, by nie pozwolić wyborcom trzeźwo myśleć. Bo to dla wielu może być największe zagrożenie. Bo mogą trafić na margines, czyli do przysłowiowego kosza.

Włodzimierz Brodiuk

Comments

comments