Co prawda, cytując Benjamina Franklina „nic nie jest pewne poza śmiercią i podatkami”, ale ostatnie działania Trumpa sugerują, że pytajnik w tytule może jednak okazać się zbędny. O ile od 2022 roku to Putin wiódł prym w destabilizacji sytuacji ogólnoświatowej, to dziś odbiera mu ten wątpliwy zaszczyt amerykański prezydent. I wcale nie uspokaja fakt, że jednemu nie udało się błyskawicznie zająć Ukrainy, a drugiemu jeszcze szybciej zakończyć tę wojnę.
Na początku XX wieku prezydent Roosevelt obwieścił potęgę Ameryki wysyłając flotyllę 16 pancerników w rejs dookoła świata. Od tego czasu Stany Zjednoczone systematycznie budowały pozycję stabilizatora sytuacji politycznej na świecie, nawet wówczas, gdy ingerowały zbrojnie w konflikty w Wietnamie czy Afganistanie. Ingerencje wojskowe, przynajmniej w sferze formalnej, sankcjonowało życzenie miejscowych władz lub egida ONZ. Potęga gospodarcza i wojskowa sprzyjała przyjęciu roli żandarma świata i – dodajmy – służyła także gospodarczym interesom USA. Pośrednio strategiczną pozycję budowało także znaczące wsparcie finansowe licznych organizacji międzynarodowych.
W odróżnieniu od swoich poprzedników Trumpa nie ukształtowała działalność społeczna czy polityczna, ale biznesowa i to w agresywnym, niekoniecznie zgodnym z regułami, wydaniu. Biznesmen Trump kierował się metodą początków amerykańskiej państwowości: cel uświęca środki. I ten sposób robienia prywatnego biznesu zaczyna wprowadzać do polityki USA. Amerykanom wmawia, że Ameryka jest mocarstwem, które nie potrzebuje wsparcia sojuszników i tego wsparcia nie oczekuje, to inni potrzebują Ameryki. Być może sam w to też wierzy, bo przecież po Bogu to on, Trump, jest najważniejszy. On i Ameryka, ale bez niego Ameryka nie będzie wielką. Świat natomiast to jeden wielki rynek biznesowy, w którym pośród wszelakiego planktonu buszują rekiny. Małe rybki padają łupem większych, a Ameryka należy do największych.
W świecie biznesu decyduje zysk. Są też koszty. Najlepiej jak ponoszą je inni. Na przykład dla Trumpa liczącym się graczem jest Rosja, a Ukraina to tylko potencjalny zysk lub strata. Dwaj więksi powinni więc zyskać, a mniejszy ponieść koszty. Rosja niech weźmie to co już zajęła, a USA – kluczowe elementy ukraińskiej gospodarki i wspólną z Rosją eksploatację bogactw Arktyki. W tym rozumowaniu nie ma miejsca dla Unii Europejskiej. Ba, jest tylko przeszkodą.
Potencjał UE stawia ją w rzędzie największych światowych graczy, za USA (PKB ponad 30 bilionów USD), na równi z Chinami (ok. 20 bln USD) i daleko przed Indiami (ponad 4 bln USD). W perspektywie dwóch dekad lider pozostanie liderem, ale w przypadku większej integracji działań Europa może się uniezależnić, a to oznaczałoby osłabienie pozycji USA. Dlatego administracja Trumpa coraz wyraźniej separuje się od UE, traktując ją jako rywala, a nie sojusznika. Uwidacznia się to we wspieraniu wszelkich odśrodkowych i rozłamowych ruchów europejskich, w tym skrajnej prawicy, a nawet faszyzujących partii. Ci z kolei gloryfikują Trumpa i MAGA nie dostrzegając, że ten ma ich za marionetki. Takie działanie Waszyngtonu jest dokładnie zbieżne z działaniami Moskwy i Pekinu, gdzie zaciera się ręce z nadzieją na osłabienie europejsko-amerykańskich więzi, NATO i samej Unii. A Trump na nic nie zważa i już ogłasza „zapotrzebowanie” na duńską Grenlandię.
Korki od szampana strzeliły pewnie w tych stolicach po ataku amerykańskiej armii na Wenezuelę i porwaniu prezydenta tego kraju. Z jednej strony to strata wpływu i kapitału, ale z drugiej rozwiązanie rąk. Rosyjska propaganda dostała nowy argument na usprawiedliwianie napaści na Ukrainę, a w Azji wzrosło zagrożenie Tajwanu. I może wzrosnąć, bo otoczenie Trumpa wskazuje kolejne cele – Kolumbię i Kubę. W ramach przywracania demokracji, praw człowieka i walki z narkobiznesem mają zamiar „naprawić” te państwa. Ale przede wszystkim przejąć tamtejszą gospodarkę przez amerykański kapitał. Chiny tez chcą „naprawiać”. Tyle, że ideologicznie.
Cały świat zdumiewało stosowanie przez Trumpa ceł jako rodzaju szantażu. Domaganie się kasy i przywilejów za „pomoc” zaatakowanej Ukrainie już mniej. Wycofywanie się z finansowania obrony Europy zyskało nawet poklask, bo to powinno Europę wzmocnić. Także gospodarczo. Ale MAGA łączy biznes z argumentami rodem z dziewiętnastego wieku. Ameryka ma się wzmacniać nie tylko poprzez aneksje gospodarek ze strefy wpływu i ekspansję kapitału, ale także poprzez wycofanie się z finansowania „antyamerykańskich, bezużytecznych lub marnotrawnych” organizacji międzynarodowych. Bo one „przejadają” pieniądze amerykańskiego podatnika i służą szerzeniu „szkodliwych” ideologii. Do takich zaliczono m.in. polskie organizacje pozarządowe działające w obszarze praw człowieka i równości płci, a także organizacje międzynarodowe jak UNESCO (z którego USA wystąpiły) i ograniczyły wsparcie dla Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), projektów energetycznych i programów walki z AIDS.
Ameryka jest wielka i wszyscy powinni się jej podporządkować, a przynajmniej ci słabsi. I może tylko dziwić jak wielu prawicowych polityków nie widzi, że dla prezydenta Ameryki są tylko narzędziami. Dziś przydatnymi do osłabiania europejskiego konkurenta, bo to już nie sojusznik ale rywal, jutro lądującymi na śmietniku. Bo Trump ceni tylko tych, których uważa za silnych. Putin ma atom i trzyma za pysk największy kawałek globu, no to jest silny, nawet jak jego armia topnieje na stepach Ukrainy. Ale tym, który odsłonił gliniane nogi rosyjskiego mocarstwa, próbuje pomiatać.
Prezydentowi USA nie wolno się sprzeciwiać. Pod groźbą amerykańskich sankcji. Przekonał się o tym dotkliwie francuski sędzia MTK Nicolas Guillou, który zarządził ściganie premiera Izraela za ludobójstwo w Gazie. Nie posłuchał, to posłuszne nakazom amerykańskiej administracji instytucje finansowe (Visa i Mastercard) i usług cyfrowych (m.in. PayPal) zablokowały mu karty i usługi internetowe. Podobne sankcje spotkały też nieposłusznych prokuratorów MTK. USA nie uznają Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale jednocześnie domagają się od MTK, by ogłosił, że nie będzie oskarżać amerykańskich polityków, wojskowych czy funkcjonariuszy służb.
Nie wiem czy posłuszne władzy amerykańskie firmy postąpiłyby tak samo z całym „nieposłusznym” krajem. I czy Trump, by się na taki ruch zdecydował, ale pamiętam jak w centrum rosyjskich ataków rakietowych na ukraińskie miasta Musk wyłączył bez ostrzeżeń sieć połączeń satelitarnych obrony przeciwlotniczej.
W odróżnieniu od Putina ma Trump znacznie większe możliwości destabilizacji równowagi geopolitycznej świata, ale prezydent USA nie jest jednak wszechwładny i nawet w jego najbliższym otoczeniu odzywać się zaczynają głosy nawołujące do większej rozwagi.
Włodzimierz Brodiuk