Wirus koronawładzy

Wstrzymywałem się ostatnio od pisania, jako że praktycznie jedynym tematem rozmów i rozmyślań stała się pandemia i sprawy z nią związane, a wszystkie są raczej smutne. Zagrożenie rosło, a wraz z nim strach. I może nie siadłbym nad klawiaturą, gdyby obok koronawirusa nie rósł w siłę wirus korony, czyli władzy. I nie chodzi już nawet o niespójność nakazów: obywatelu z domu nie wychodź, jeśli Ci życie miłe – obywatelu wyjdź z domu i zagłosuj, nic Ci nie grozi. Władza sugeruje, że wirus z Wuhan dopadnie Cię, gdy dla zdrowia i samotnie pójdziesz na spacer albo powędkować. I nie tylko straszy, ale i srogo karze. Jednak w drodze do skrzynki pocztowej w urnę przekształconej, nic ci nie grozi, nawet gdy tłum się przy skrzynce zbierze.

Pandemia wykazuje, że jesteśmy narodem dość zdyscyplinowanym. Stosujemy się do zaleceń   władzy, tym bardziej że większość z nich uznajemy za słuszne, a wspomaga nasze zdyscyplinowanie strach przed zakażeniem. W obecnej sytuacji, przy braku skutecznej szczepionki, najlepszym sposobem na zwalczenie koronawirusa jest zapobieganie jego rozprzestrzenianiu się. Im mniej kontaktów międzyludzkich, tym mniej zakażeń. Zamykamy się więc w domach, stoimy karnie przed sklepami zachowując zalecane odległości.

Oczywiście, część z nas jednak bagatelizuje zagrożenie. Więc władza niesfornych dyscyplinuje  karami. Czy jednak zawsze słusznie? Internet co rusz obiegają przykłady absurdalnych działań policji. Oto, funkcjonariusz bez maski i rękawic próbuje zaciągnąć do radiowozu ojca trójki dzieci, który wyszedł na przyblokowy plac zabaw. Dzieci płaczą, ojciec ani myśli ich opuszczać. W pogotowiu czeka żandarm i drugi policjant. Po co ten pokaz siły i bezduszności?  Zwłaszcza, że placyk położony jest na terenie zamkniętym i znajduje się na nim tylko ojciec z dziećmi?

W czasach tzw. komuny milicjanta nazywano Panem Władzą, bo jego widzi-mi-się decydowało o tym co z „podpadającym” mu obywatelem zrobi. Ukarze mandatem, wsadzi do suki, napisze wniosek o ukaranie do Kolegium ds. Wykroczeń  albo poczęstuje pałką. Dziś Pan Władza zdaje się wracać. Nieprecyzyjne i często absurdalne przepisy „stanu epidemicznego” zostawiają spory zakres oceny i decyzji w rękach policjantów. Decyzji, czyli władzy.

Zarządzenia ograniczające nasze prawa są przez prawników kwestionowane jako pozbawione podstaw prawnych. Jednak z większością z tych ograniczeń i z samą ich ideą właściwie wszyscy się zgadzamy. Bo są w naszym interesie. Mają nas chronić. Część jednak stanowi pole do dowcipów. Oto śpisz żoną w jednym łóżku, ale na ulicy macie iść w odległości dwóch metrów od siebie. Czy zagrożenie stwarza samotny wędkarz nad brzegiem rzeki? Albo samotny biegacz czy rowerzysta? Oni też są zatrzymywani i karani.

W Olsztynie policjant powalił na ziemię i przydusił rowerzystkę. Co gorsza nagranie ujawniło groźby funkcjonariusza. Nikt z tłumaczących postępek policjanta przełożonych nie zapytał o to kto stwarzał większe zagrożenie epidemiczne. Rowerzystka bez kontaktu z kimkolwiek i z daleka od wszystkich, czy policjant bez rękawiczek i maski ochronnej  chwytający rowerzystkę i dyszący jej w ucho?

Przypadki, niestety coraz liczniejsze, nadużywania uprawnień nie dezawuują pracy tysięcy funkcjonariuszy policji, którym należą się podziękowania. Wskazują jednak na to jak szybko ujawnia się patologia, gdy zarządzenia są nieprecyzyjne, źle przygotowane i przekazujące ocenę zdarzeń w gestię ludzi do takiej oceny nie przygotowanych. Stawia pod znakiem zapytania także skuteczność działań opartych na karaniu. A dzisiejsza władza ma szczególne ku temu ciągotki.

Czasy PRL-u pozostawiły w nas przekonanie o tym, że wszelkie nakazy i zakazy władza stanowi dla narodu, ale nie dla siebie. To totalne zaprzeczenie tradycji demokracji zachodniej, w której też do patologii przecież dochodzi, ale równość wobec prawa to zasada święta. Jej złamanie czy obejście to nadużycie, które łamie kariery polityków. Ale nie w PRL i nie w III Rzeczpospolitej pod rządami PiS. Tu są równi i równiejsi.

Władza wydała zakaz zgromadzeń. Za jego nieprzestrzeganie grożą kary do 30 000 złotych. Tymczasem 10 kwietnia cały kraj mógł obejrzeć uroczystości z okazji kolejnej rocznicy tragedii smoleńskiej, w którym zakaz ten został złamany przez czołowych polityków władzy z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Obok stali policjanci, którzy chronili łamiących prawo polityków. Nie wiadomo przed kim, bo przecież obywatele mają zakaz wychodzenia z domu bez przyczyny. Co ciekawe Komenda Stołeczna Policji wydała kuriozalne oświadczenie, że wszyscy oglądający te uroczystości mylili się, bo żadnego zgromadzenia pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego nie było. Widziany przez nas tłumek tylko wykonywał „swoje zadania w ramach pełnionych urzędów i funkcji”.

Można by zapytać jakie rządowe funkcję pełnią zięć i kuzyn prezesa Kaczyńskiego albo europosłowie PiS. Tylko po co? Wydając tak bzdurny komunikat policja potwierdziła tylko, że – podobnie jak w PRL – są równi i równiejsi. Tylko do Komendy Głównej Policji popłynęły od związków zawodowych policjantów pytania o to, jak teraz mają wykonywać swą pracę?  Jak mają karać ludzi mandatami za to, że nie zachowują dwumetrowej odległości „społecznej”, gdy cały kraj widział ową ochranianą (zamiast karaną) gromadkę partyjnych dygnitarzy bez masek i rękawiczek stojących obok siebie ramię w ramię.

Naprawdę dosyć naiwne to pytania. Dał temu wyraz prezes Kaczyński odwiedzając grób matki na Cmentarzu Powązkowskim. Za wejście na cmentarz, nawet wiejski, grożą sankcje karne. Ale jak widać nie wszystkim. Współczuję policjantom. Każe im się karać za przebywanie z dziećmi na zamkniętym placu zabaw i chronić zgromadzenia partyjnych bonzów, które ich szefowie za zgromadzenia nie uważają.

Pogrąża nas dziś koronawirus, a jednocześnie pod jego osłoną rozwija się inny wirus, wirus władzy oderwanej od kontroli, władzy ponad prawem.
I obawiam się, że to zawirusowanie może być dla naszej przyszłości znacznie większym zagrożeniem.

Włodzimierz Brodiuk

Comments

comments